Całun Turyński
- Mariola Szyszkiewicz
- 21 godzin temu
- 2 minut(y) czytania
Obraz, który wraca w chwilach granicznych

Są takie obrazy, które nie są tylko obrazami. Nie są pamiątką, dekoracją ani religijnym symbolem. Są jak drzwi — uchylone na tyle, by zobaczyć przez nie coś, czego nie da się nazwać. Dla mnie takim obrazem stała się twarz z Całunu Turyńskiego.
Nie wiem, czy to naprawdę odbicie Jezusa. Nie wiem, czy płótno ma dwa tysiące lat, czy siedemset. Ale wiem jedno: ten obraz pojawił się w moim życiu dokładnie wtedy, kiedy wszystko we mnie pękało.
Pierwszy raz trafiłam do szpitala psychiatrycznego jak ktoś, kto nie wie, co jest prawdą, a co fikcją. Jak ktoś, komu choroba zaczyna wyjadać z wnętrza kawałki myślenia, pewności, orientacji. Byłam jak zbity pies — zagubiona, przerażona, niepewna, co będzie za godzinę, za dzień, za tydzień. Nie wiedziałam, jak będzie wyglądało leczenie, ani jak ja sama będę się zachowywać, kiedy mój umysł zacznie się rozszczelniać.
I wtedy pojawił się ten obrazek.
Miałam go przy sobie jak talizman, ale to nie był talizman. To był list zza bramy. Jakby ktoś mówił: „Tu jestem. Po drugiej stronie. Kiedy wejdziesz, będziesz uzdrowiona. Jeszcze nie teraz, ale już wiesz, dokąd idziesz”.
Chwyciłam się tej znikomej nadziei, bo w tamtej chwili była jedyną rzeczą, która nie rozpadała się w rękach. Wszystko inne było płynne, niepewne, rozmyte. A ten obraz był jak punkt stały w świecie, który się rozpraszał.
Pamiętam moment, kiedy jedna z pacjentek — równie chora jak ja — wyrwała mi ten obrazek i porwała go na drobne kawałki. Patrzyłam, jak spadają na podłogę, jak nie da się ich już skleić, jak znika coś, co trzymało mnie przy życiu.
Nie mam do niej żalu. W tamtym miejscu nikt nie był sobą. Ale pamięć zaczęła żyć własnym życiem. Zaczęła wracać do tego obrazu — nie do papieru, który zniszczono, ale do tego, co on we mnie uruchomił.
I tak jest do dziś.
Za każdym razem, kiedy znajduję się w sytuacji granicznej — kiedy coś we mnie drży, kiedy świat znowu zaczyna się przesuwać, kiedy czuję, że stoję na progu czegoś, co może być rozpadem albo iluminacją — ten obraz wraca.
Nie jako dowód. Nie jako relikwia. Nie jako teologiczna prawda.
Wraca jako obecność.
Jakby mówił: „Już raz przeszłaś przez ciemność. Wiesz, jak to się robi. Idź dalej”.
I może właśnie dlatego nie potrzebuję wiedzieć, czy Całun jest autentyczny. Bo autentyczne jest to, co wydarzyło się we mnie. Autentyczne jest to, że ten obraz stał się moją mapą kryzysu. Autentyczne jest to, że wraca, kiedy jestem na granicy.
Nie wiem, kim jest ta twarz. Ale wiem, kim byłam ja, kiedy ją zobaczyłam po raz pierwszy. I wiem, kim jestem teraz — bo przeszłam przez tamtą bramę.











Komentarze